9 sposobów na pokonanie kryzysu twórczego w blogowaniu

Blokada twórcza, brak weny, „writer’s block” – jak by tego nie nazwać, podobno w życiu każdego bloggera pojawia się moment, kiedy ma natychmiastowy odruch wymiotny na samą myśl o napisaniu posta na bloga, a nawet otwarcia swojej strony.

Po kilku miesiącach lepszych i gorszych okresów motywacji do tworzenia bloga, właśnie natrafiłam na mój pierwszy poważny kryzys inwencji twórczej. Uczucie to jest dość podobne do depresji (przeżyłam takową w trakcie ciąży i nigdy nikomu nie życzę tej choroby – to ZUO w czystej postaci!). Niby chcę się zabrać do blogowania. Cieszy mnie każde otwarcie strony, każdy nowy czytelnik, każdy zapis do newslettera… A z strony nie mogę nawet zebrać się do tego, by otworzyć WordPressa i coś zacząć pisać. W głowie roi się od pomysłów na posty, jest tyle (TYLE!) rzeczy, którymi chcę się z Wami podzielić, ale coś się zepsuło na linii mózg – opuszki palców i nie mogę zebrać się do poklikania w klawiaturę.

Byliście kiedykolwiek w takiej sytuacji? Być może nie chodziło konkretnie o blogowanie, ale o dowolne inne zajęcie, do którego czujecie się zobligowani (być może tylko przez samych siebie, a może przez tak zwane czynniki zewnętrzne). Wszystko jest ok, a nagle zostajesz porażona piorunem prokrastynacji, bezwładnością kończyn górnych i czujesz nagłą potrzebę wyszorowania chałupy, byle tylko nie zabrać się za to, za co zabrać się powinnaś… Ach! Czyli jednak znasz to uczucie!

Ufff… Od razu czuję się lepiej, wiedząc, że Tobie też to się przytrafia. Co robić w takich sytuacjach? Pewnie każdy ma swoje mniej lub bardziej sprawdzone sposoby na pokonanie wewnętrznego lenia. Ja dzisiaj podzielę się moimi i chętnie wypróbuję Wasze, bo wiecie… Od nadmiaru głowa nie boli, a moja motywacja do pisania wciąż daleka jest od tego, co czułam jeszcze kilka miesięcy temu.

To co? Gotowi na moje weno-przywoływacze? Oto moje sposoby na odnalezienie utraconej weny:

  • Uświadamiam sobie, że to zupełnie normalne i zdarza się każdemu.

Nawet jeśli brzmi to jak reklama tabletki na potencję, to świadomość, że każdy z nas miewa gorsze momenty naprawdę poprawia humor. Czytając posty o tym, że brak weny zdarza się nawet blogerkom, które z nabożeństwem śledzę na Instagramie i które publikują z regularnością szwajcarskiego zegarka, to automatycznie ja sama przestaję czuć się jak totalna fajtłapa życiowa.

W ostatnim czasie wyszukiwałam na moich ulubionych blogach frazę „writer’s block”. Byłam zaskoczona, że piszą o tym nawet blogerki, które odnoszą gigantyczne sukcesy. Czytanie takich relacji pomaga. Za każdym razem.

  • Nie próbuję „przebrnąć” przez kryzys.

Jako że mam aktywny gen lenistwa i prokrastynacji, często muszę narzucać sobie odgórne zasady i reguły, których zobowiązuję się przestrzegać sama przed sobą. Na przykład, że nie zrobię sobie przerwy na kawę, dopóki nie napiszę tysiąca słów. Albo że nie odpalę Fejsbuka dopóki nie znajdę idealnego zdjęcia do nowego posta. Ma to swoje źródło w mojej pracy zawodowej (jestem tłumaczem). Kiedy tłumaczy się (po raz tysięczny) ogólne warunki ubezpieczenia lub instrukcję obsługi, poziom kreatywności w wyszukiwaniu wymówek do odejścia z miejsca pracy gwałtownie wzrasta. Gdyby nie limity i kary, które sama sobie ustalam, pewnie tłumaczyłabym jedną stronę przez kilka dni.

Z blogowaniem podobny system motywacji sprawdza się na co dzień i pomaga mi wypracować regularny rytm pracy. Ale nie w przypadku blokady twórczej. W tym jednym przypadku próba „przebrnięcia” przez kryzys i napisania czegokolwiek kończy się tym, że kryzys trwa 10x dłużej niż normalnie. Być może ma to związek z tym, że blogowanie jest bardzo kreatywnym zajęciem i pisanie wbrew sobie ma efekt odwrotny od zamierzonego.

Co robię?
Zajmuję się innymi rzeczami. Staram się wybierać tematy, które później będę mogła wykorzystać do napisania posta na blogu, ale tylko takie, które nie mają bezpośredniego związku z blogowaniem.
Co zrobiłam tym razem?
Zaczęłam organizować przestrzeń według metody KonMari po tym, jak obejrzałam cały sezon jej programu o sprzątaniu domów w jedno popołudnie. Natychmiast zapragnęłam napisać Wam o tym wszystkim, czego się nauczyłam o sobie (i świecie) podczas procesu sprzątania swojego życia, a także co zrobiłabym inaczej. Widzę tu całą serię postów, więc liczę, że wena wróci, jak dokończę sprzątanie. I mam kilka świeżych, interesujących tematów do pisania, a to zawsze plus.

  • Szukam dobra

Chociaż w mediach społecznościowych spędzamy często po kilka godzin dziennie, to pozytywnych newsów i informacji można ze świecą szukać. Kryzys twórczy domaga się jednak odpowiedniej dawki serotoniny, więc warto poszukać pozytywów wokół siebie. Zwłaszcza jeśli kryzys ma podłoże egzystencjalne (a my nie chcemy się do tego przyznać, bo to takie „werterowskie”…) Jeśli nie możesz ich znaleźć w realu (lub jesteś introwertykiem i kontakty z ludźmi nie są Twoją mocną stronę), obczaj moje ulubione pozytywne profile na IG, Tanka oraz Elsie+Emmę.

  • Użalam się nad sobą

Serio, serio! Kiedy trafia mnie prawdziwy kryzys twórczy, daję sobie czas, by pomarudzić i poużalać się nad sobą. Chodzę wtedy cały dzień w piżamie (albo w domowych ciuchach, w których śpię, „bo jestem taka biedna i smutna, że nawet nie chce mi się przebrać w piżamę”!), jem niezdrowe jedzenie i oglądam głupie seriale na Netflixie (a później narzekam, że nie ma tam nic ciekawego do oglądania!). Snuję się cały dzień jak widmo i nawet nie próbuję udawać, że nie mam problemu. Wręcz przeciwnie – zanurzam się w nim tak, by dokładnie zrozumieć stan, w którym się znalazłam.

Co zrobiłam tym razem?
Dobrze myślisz. Obejrzałam milion durnych seriali (większość wyłączyłam w trakcie, choć akurat ten podlinkowany powyżej jest genialny – polecam go bardzo), przeczytałam po raz tysięczny ulubioną serię książek (jestem na piątym tomie z pięćdziesięciu! Zanim dobrnę do końca, zapomnę co było w pierwszym!). A w ostatnich dniach nawet zarzuciłam gotowanie. Jemy kryzysowe zupy (20 minut w Themomixie) i makaron z kukurydzą i tofu. Dzieciaki są zachwycone, bo podjadają przez cały dzień przegryzki, które normalnie mogłyby zjeść dopiero po zdrowym posiłku, a to i tak w ograniczonych ilościach… Po kilku dniach mojego kryzysu skończyły się przekąski i został nam już tylko popcorn.

  • Daję sobie kopa w d**ę

Problem z użalaniem się nad sobą jest taki, że bardzo szybko sięgam dna. Po 1-2 dniach pobłażania sobie, nie mogę patrzeć na siebie, na syfiaste żarcie, na bałagan dookoła mnie, a matkopolka we mnie wyrywa sobie włosy na samą myśl o tym, że moje dzieci nie mają odpowiednio zbilansowanej diety. Czekam na ten moment, wręcz go wypatruję. Bo to oznacza, że mogę przejść do kolejnego etapu radzenia sobie z kryzysem twórczym czyli dawania sobie kopa w zadek.

Nagle mam więcej energii (pewnie dzięki tej masie słodyczy, którą pochłonęłam, a która miała milion kalorii) i chcę wrócić na dobre tory. Wciąż jeszcze nie podejmuję działań naprawczych, ale już zbieram się w sobie, by wyłączyć Netflixa i wrócić do żywych. Dojadam resztki ciast i popcornu, żeby nie kusiły mnie, kiedy już ostatecznie zakończę fazę użalania się nad sobą. (Tak. Wiem. To błąd, bez względu na to, jakbym tego nie tłumaczyła… Obiecuję przestać. Jak tylko wyjdę z dołka.)

  • Analizuję problem

Gdybym natychmiast przeszła do fazy działania (i kopania się w tyłek), prawdopodobnie pominęłabym ten krok. A jest on bardzo ważny, by upewnić się, że kryzys nie powróci za szybko i nie w tej samej formie. Podejmuję rozmowę z samą sobą i zastanawiam się, co spowodowało, że kryzys się pojawił i co go wywołało. Powody mogą być najróżniejsze, czasem zupełnie absurdalne. W moim aktualnym kryzysie doszłam do wniosku, że sabotuję moje własne próby do regularnego pisania, ponieważ boję się takiego zobowiązania. Więc na wszelki wypadek próbuję zaprzepaścić moje próby regularnego pisania już na samym początku. Głupie, nie?

A co wywołało konkretnie ten atak kryzysu twórczego? To już nie jest ani głupie, ani lekkie. Dramatyczne wydarzenia na tegorocznym finale WOŚP sprawiły, że coś we mnie pękło. Staram się mieć wiarę w ludzkość, ale nie jest to łatwe, kiedy jesteśmy świadkami scen jak z filmów grozy. I co gorsza, późniejsze reakcje ludzi są równie nienawistne co sam atak. Mam ochotę schować się pod kołdrę, zanurzyć się w ulubionych książkach i próbować zapomnieć o tym, w jakim świecie przyszło nam żyć. Bo nie widzę sposobu, by go zmienić.

  • Przeliczam siły na zamiary

„Panie Boże! Daj mi siłę, bym mógł zmienić to, co zmienić mogę.
Daj mi pokorę, bym mógł zaakceptować to, czego zmienić nie mogę.
I mądrość, żeby mi się jedno z drugim nie popiep**yło!”

Stephen King – „Miasteczko Salem”

Ano właśnie! Można się wściekać, można się smucić, można się obrażać na świat, na który jesteśmy skazani. Ale to nie sprawi, że zmiana nastąpi. Dlatego na tym etapie naprawdę staram się zaakceptować to, czego nie mogę zmienić (nie napiszę stu postów w jeden dzień, nie zostanę guru blogowania w kilka miesięcy, nie sprawię, że na świecie nie będzie zła czy agresji). Poważnie zastanawiam się, na jakie wyzwanie mogę sobie pozwolić. Ile jestem w stanie unieść? I które z moich działań może przynieść największy sukces, największą zmianę w tematach, które mnie bolą.

Co zrobiłam tym razem?
Spróbuję odpicować „wędrującą biblioteczkę” w mojej radzie osiedla. „KonMarizuję” dom w nadziei, że w czystym domu znajdzie się przestrzeń do realizacji życiowych planów (jak twierdzi Mari Kondo). Szyję woreczki na warzywa. Robię bardziej rozsądny plan blogowania. Uff… Chyba znowu zaczynam robić zbyt dużo na raz!

  • Ruszam na ratunek samej sobie

Oj tak, po kilku dniach (lub tygodniach!) deprechy stan mojego ciała, mojej duszy i mojego otoczenia zdecydowanie potrzebuje ratunku. W końcu te kilogramy czekolady nie sprawiają, że mi rosną włosy, tylko… Same wiecie! Dlatego podejmuję (drobne) kroki, dzięki którym czuję się zdrowsza, szczęśliwsza i spokojniejsza. Nawet taki drobiazg jak pilnowanie, by każdego ranka wypić wodę z cytryną lub zjeść porządne śniadanie to już swego rodzaju osiągnięcie, które pozwala mi poczuć, że wychodzę na prostą.

Sprzątam też przestrzeń dookoła siebie. Nie chodzi mi tu o sprzątanie domu (choć to też jest ważne), ale raczej o usuwanie elementów z przestrzeni i życia, które mi szkodzą lub które wywołują we mnie negatywne emocje. Usunięcie apki Facebooka z telefonu (by nie czytać hejtu w komentarzach i dyskusjach), odcięcie się od toksycznych osób i związków, a nawet załatwienie zaległych spraw z urzędami – to wszystko pozwala odetchnąć. Nie czuję garba negatywnych spraw i z optymizmem patrzę w przyszłość.

Co zrobiłam tym razem?
Sprzątanie z Marie Kondo w toku, ale pozytywne efekty odczuwam już teraz. Uzupełniłam zapomniany PIT z 2015 roku (Tak! Wyobraź sobie poziom stresu, kiedy dostałam polecony ze skarbówki!). A dzisiaj planuję wyrzucić wszystkie słodycze i przegryzki, których skład bardziej przypomina tablicę Mendelejewa niż produkt spożywczy (W swojej obronie powiem, że większość z nich to prezenty, które leżą jeszcze od świąt).

  • Analizuję i przeciwdziałam

Brzmi poważnie i strategicznie? I tak jest. Nienawidzę takich dołków psychicznych. Najgłębszy przeżyłam, będąc w ciąży i były dni, kiedy myślałam, że już nigdy nie będę szczęśliwa. Że nie zdołam się pozbierać. Udało mi się wtedy. Udaje mi się teraz. Nikomu nie życzę takich doświadczeń. Sobie również.

Staram się poświęcać sobie czas raz na kilka tygodni i sprawdzać stan mojej duszy. Jeśli zauważam objawy „zmęczenia materiału”, które łatwo może wywołać kolejny atak deprechy w dowolnej postaci, staram się natychmiast podjąć środki zaradcze. Samotny wypad do kina? Praca w kawiarni zamiast w domu? A może po prostu godzina spędzona z książką i quiltem na kolanach (a także mąż zatrudniony w roli mojego osobistego bodyguarda, żeby dzieciaki za bardzo mi nie przeszkadzały). To pomaga. Daje odetchnąć. Nabrać dystansu.

I zazwyczaj wystarcza. A jeśli nie, to… patrz wyżej.



Zdjęcie autorstwa  Floriana Klauera dla Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top