Łazienkowe rytuały 30-latki

Jaka jest różnica między singielką a mężatką z 15-letnim stażem?

Ogromna!

Kiedy jako singielka spędzałam nadprogramowe godziny w łazience, szykując się na wielkie wyjście, oznaczało to pewnie, że mam randkę. Chciałam czuć się pewna siebie i bez względu na to, czy randka miała skończyć się kolacją czy śniadaniem, byłam w pełnej gotowości. Depilowałam nogi i pachy (auć!), regulowałam brwi, robiłam lepszy makijaż (czyli nakładałam też podkład, a nie tylko korektor). Seksowna bielizna to była oczywista oczywistość. Na to jakieś ładne ciuchy, wydekoltowana bluzka lub krótka spódniczka, nawet jeśli był środek stycznia i… byłam gotowa do wyjścia.

Przygotowanie się do wyjścia było znacznie prostsze, kiedy miałam 20 lat…

Ach! Ja z 2018 roku mogłabym zaśmiać się w twarz mnie z roku 2002. Obecnie jedyny moment, kiedy spędzam zdecydowanie więcej czasu niż zwykle na rytuałach łazienkowych to wieczór przed… wizytą lekarską. I bynajmniej nie mam ukrytego planu uwiedzenia któregoś z moich lekarzy. Po prostu świadomość, że ktoś następnego dnia będzie oglądał moje cellulitowe uda i pociążowe fałdki napawa mnie pewnym niepokojem. Zazwyczaj jedyne momenty, kiedy ktoś (a raczej “Ktoś”) ogląda mnie w bieliźnie (lub bez niej!) wymagają przygaszonego światła i dwóch kieliszków wina (moich lub jego – a najlepiej po jednym dla każdego!). Akceptacja mniej korzystnych warunków jest trudna do przełknięcia.

Świadomość, że ktoś będzie oglądał moje cellulitowe uda i pociążowe fałdki napawa mnie pewnym niepokojem.

introwertyczka

Być może gdybym czuła się bardziej zadbana na co dzień, nie musiałabym szykować się do wyjścia do lekarza jak na wojnę. Niestety czynności, które kiedyś wykonywałam regularnie (więc nie musiałam ich “nadrabiać”) teraz są luksusem, na który po prostu nie mam czasu. Pozwalam sobie na nie tylko przed wyjściem na basen, na plażę lub do lekarza-rozbieracza (z pewnością nie będę goliła miejsc intymnych przed wizytą u dentysty!).

Daty przydatności do użycia to tylko sugestia, jeśli chodzi o kosmetyki i produkty do pielęgnacji.

Ma to swoje plusy (oszczędzam tysiące złotych na zakupach kosmetyków i pachnideł!). Na przykład mam jeszcze połowę słoiczka maseczki z glinki, którą kupiłam w 2012… I nie! Nie zamierzam jej wyrzucić, nawet jeśli istnieje uzasadnione podejrzenie, że jest przeterminowana i mniej skuteczna niż w pierwszych miesiącach użytkowania. Gdybym nie miała jej na półce, mogłabym czuć potrzebę uzupełnienia zapasów o kolejny słoiczek, który stałby tam przynajmniej do 2023.

Ale wracając do meritum, chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć, na czym polegają moje zabiegi upiększające w tych wyjątkowych okolicznościach. W pierwszej kolejności szykuję miejsce do działania. Czasem muszę wcześniej wyszorować całą łazienkę, ponieważ jakakolwiek pielęgnacja w miejscu, z którego korzysta pięciu mężczyzn (z czego przynajmniej jeden nie trafia jeszcze do kibelka i ma podmywaną pupkę w umywalce) nie sprzyja transformacji przestrzeni w domowe spa. Już samo to sprawia, że ochota na jakiekolwiek zabiegi drastycznie maleje. Ale nic to – kiedy już ogarnę przestrzeń, czas zabrać się za siebie.

Jak więc wygląda mój zestaw minimum przed wizytą lekarską? Załóżmy, że chodzi o wizytę u ginekologa, która wymaga największych przygotowań. Zaczynam od doszorowania się od stóp do głów. Przy okazji golę się (maszynką! Na depilator jest już za późno, wyglądałabym jak oskubany kurczak z czerwonymi kropkami na skórze), myję włosy i twarz. Po wyjściu spod prysznica, zawijam włosy w ręcznik i zaczynam pastwić się nad twarzą. A więc – reguluję brwi (tylko od dołu), aplikuję maseczkę, wyciskam ewentualne zatkane pory (wiem, wiem, nie powinnam tego robić, ale jest już za późno na zakup maseczki z węglem i mam pod ręką tylko tę przeterminowaną z glinką!), nakładam maseczkę (tadam!), czyszczę uszy (wiem, tego też nie powinnam robić. Widziałam ostatnio reklamę, w której mądra pani oświadcza, że patyczki są “dla luzerów”, a zamiast tego powinnam kupić jakiś psikacz. Nie kupiłam i nie zamierzam. Patyczki są super. Używam drewnianych.)

Na depilator jest już za późno. Wyglądałabym jak oskubany kurczak…

introwertyczka

W tym momencie czas na poważne oględziny przed lustrem w łazience. Kilka razy krzywię się z niesmakiem, oceniając sytuację. Następnie nakładam olej kokosowy na wszystkie części ciała, które mogą być przesuszone albo przydałoby im się trochę duuużo nawilżenia lub lepsze ukrwienie… Czyli w zasadzie na całe ciało. Najbardziej newralgiczne miejsca (cellulitolubne) mocno masuję, choć jestem na tyle logicznie myślącą kobietą, że zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma to już większego sensu.

Patyczki są „passée”, ale i tak ich używam.

Następnie staram się trochę powyciągać, przybrać odpowiednią postawę (milion lat chodzenia w ciązy, karmienia na siedząco i noszenia dzieciów w chuście sprawiło, że mój kręgosłup wygina się jak precel zamiast klasycznej eski), co w teorii powinno pomóc na sterczący brzuch.

Ano właśnie, przy okazji staram się poćwiczyć wykonywanie różnych czynności “na wciągu” – podobno francuzki przez całe życie mają wciągnięty brzuch i dzięki temu wyglądają na szczuplejsze. Ja nie muszę przez całe życie. Wystarczy, jeśli przetrwam “na wciągu” wizytę lekarską.

Skoro francuzki przez całe życie chodzą „na wciągu”, to ja powinnam wytrzymać jedną wizytę lekarską z wciągniętym brzuchem.

introwertyczka3

Jedyny ból smarowania się olejem kokosowym zamiast balsamu to dłuższy czas wchłaniania. Nie ma jednak tego złego, bo wykorzystuję ten dodatkowy kwadrans na golasa, by usunąć sobie skórki za pomocą takiego elektrycznego ustrojstwa, które zastepuje klasyczny pilniczek (i wszystkie inne sprzęty do paznokci!). Gdyby ktoś akurat miał ochotę posłuchać dźwięków dochodzących zza zamkniętych drzwi łazienki, prawdopodobnie doszedłby do wniosku, że uprawiam “samogwałt”. Liczne ochy i achy, a także monotonny szum elektrycznego silniczka z pewnością przywodzą na myśl podobne skojarzenia. Niestety na tego typu relaks po prostu nie mam czasu – muszę jeszcze zrobić sobie hybrydy (naprawdę nie wiesz, co to jest? #lifechanger !!), zmyć maseczkę z glinki i nałożyć olejek arganowy na twarz.

Najwyraźniej pielęgnacja kobiety po trzydziestce i mumifikacja mają wiele wspólnego.

Cały proces zajmuje mi ok. 45 minut (plus ok. 20 minut na sprzątnięcie łazienki). Akurat jeden odcinek porządnego serialu (to musi być jakiś staroć, bo nie mam czasu, by skoncentrować się na fabule) lub wysłuchanie podcastu. Czasem uda mi się złapać kilka pokemonów, które oficjalnie łowię tylko ze względu na moje nastoletnie dzieci.

I to koniec. Jestem gotowa.

HAHAHAHA!

Wcale nie! Po prostu to koniec na ten wieczór. Następnego dnia muszę jeszcze zrobić pełny makijaż (kolejne 20 minut!) i dopiero wtedy czuję się wystarczająco „zrobiona”, by wyjść do ludzi.

I wiecie co? Coraz częściej myślę, że po prostu mi się nie chce! Chyba muszę poważnie zastanowić się, jak i dlaczego dbam o siebie (a raczej dlaczego o siebie NIE dbam!). Bo jako trzydziestolatka dochodzę do wniosku, że pacykowanie się dla kogoś nie ma żadnego sensu!

Pacykowanie się dla kogoś nie ma sensu!

introwertyczka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top