Historia pewnej introwertyczki

Pisanie o sobie to jedna z tortur, przeznaczona specjalnie dla introwertyków. Sama myśl o tego rodzaju “uzewnętrznianiu się” sprawia, że mam ochotę schować się pod kołdrą z paczką chipsów i oglądać seriale na Netflixie. Ale chciałabym, żebyśmy dobrze się poznały. Żebyś wiedziała, kim jestem i z jakim bagażem doświadczeń do Ciebie przychodzę. Dlatego siadam pod kołderką z komputerem zamiast paczki chipsów, by opowiedzieć Ci moją historię. Mam nadzieję, że moja opowieść będzie na tyle ciekawa, że będzie mi się ją lekko pisać, a Tobie przyjemnie czytać.

*** dzieciak ***

Urodziłam się w ostatnim dziesięcioleciu PRL-u. Pamiętam wspólne zabawy na podwórku przed blokiem i kanapki z masłem i cukrem. Nie pamiętam pustych półek, za to mam piękne wspomnienie spacerów z mamą przez całe górnicze osiedle, by dotrzeć do sklepiku, w którym sprzedawano jedyne na rynku chipsy paprykowe. Och! Warto było iść dwadzieścia minut dla tego smaku.

W przedszkolu kochałam się w niejakim Marku O. A ponieważ jestem stała w uczuciach, kochałam się w nim prawie do końca podstawówki. Niestety nie byłam jedną z ładnych dziewczynek w klasie, które nosiły rozpuszczone włosy i kolorowe kokardy, więc moja miłość pozostawała nieodwzajemniona.

W szóstej klasie nagle wybuchła bomba pod tytułem “rozwód rodziców”. Rozstawać można się na wiele sposobów i moi rodzice mogliby z powodzeniem napisać poradnik, jak tego NIE robić. Jedyne, czego nauczyłam się w tym okresie, to wagarowania i tego, że zawsze mogę liczyć na moją starszą siostrę.

Kolejne lata wcale nie były łatwiejsze. Zmiana szkoły, kompletne oderwanie od rzeczywistości, nowa żona ojca, nowy mąż matki, a na dokładkę dwoje przybranego rodzeństwa… To duuuużo jak na jedną nieogarniętą, rozmarzoną nastolatkę. Szybko zorientowałam się, że jeśli chcę być lubiana przez rówieśników, muszę udawać. Pod koniec liceum miało to już postać kompletnego rozszczepienia osobowości. W szkole byłam wesołą, uśmiechniętą dziewczyną, która nieźle się uczy, ale nie przywiązuje do tego większej wagi. W domu potrafiłam nie odzywać się przez kilka miesięcy (Serio! Da się!) i nikt nawet nie zauważył (Serio! Serio!). Jedno z niewielu wspomnień z tamtego okresu to moment, kiedy kucam przy otwartej szufladzie z lekami mojego ojca i zastanawiam się, ile i jakich tabletek powinnam połknąć, żeby mieć pewność, że następnego dnia się nie obudzę…

Ostatecznie jednak nie miałam próby samobójczej. Totalnie stchórzyłam na myśl, że mogłabym skończyć jako warzywo z działającym mózgiem w popsutym ciele. Poszłam za to na psychoterapię (sama jestem w szoku, że jako piętnastolatka wpadłam na taki pomysł) i po kilku miesiącach cotygodniowych spotkań z terapeutką zrozumiałam, że nie muszę lubić mojej macochy. Niesamowite, co? Moment, w którym to do mnie dotarło, był jak światełko w tunelu.

*** studentka ***

Moje życie stopniowo stawało się coraz łatwiejsze. Po liceum wyjechałam na rok za granicę. To było jak objawienie. Nie tylko nauczyłam się biegle angielskiego, ale też zrozumiałam, jak cudownie prosty i efektywny jest sposób myślenia Amerykanów. Kiedy skończyła mi się wiza, wróciłam tylko na kilka tygodni, by ją odnowić i wrócić tam, tym razem już na zawsze…

Hahahha! Tak przynajmniej myślałam, będąc absolutnie naiwną dziewiętnastolatką. Już na wstępie usłyszałam od ojca, że nie dostanę ani grosza na bilet samolotowy, nie wspominając o czesnym na studia. On już dokładnie zaplanował kolejne lata mojego życia i moje zdanie nie miało tu zbyt dużego znaczenia. Chociaż byłam pełnoletnia, to mentalnie byłam jeszcze kompletnym dzieciakiem i nawet nie przyszło mi do głowy, że mogłabym odmówić współpracy. Wylądowałam na uczelni, której nie cierpiałam, na kierunku, który był dla mnie absolutnie nieodpowiedni. I chociaż wiedziałam o tym od samego początku, to dopiero po dwóch latach zebrałam się na odwagę, by przestać być popychadłem i rzucić szkołę.

To był swego rodzaju moment przełomowy. Zaczęłam naprawdę zastanawiać się, czego chcę w życiu i czy warto o to walczyć. Zmieniłam szkołę, powoli zaczęłam schodzić z garnuszka ojca. Wreszcie zaczęłam dorabiać i stawiać pierwsze kroki do niezależności. To było bardzo przyjemne uczucie i dawało niesamowitego kopa do dalszej pracy.

*** żona ***

Kiedyś poszłam na randkę do knajpy, gdzie przypadkiem spotkałam kolegę z klasy. Przegadaliśmy cały wieczór (choć to nie z nim byłam umówiona), a dziesięć miesięcy później wzięliśmy ślub. Ale zanim doszło do pięknego happy endu i “żyliśmy długo i szczęśliwie”, dokładnie omówiliśmy nasze cele i ustaliliśmy priorytety. Być może brzmi to jak negocjacje biznesowe, a nie miłość, ale nie wyobrażam sobie innej drogi. Podobno miłość nie polega na patrzeniu na siebie, ale na patrzeniu w tym samym kierunku.

Bycie żoną mojego męża jest dość łatwe. Dopóki czasem nie staje się zajeb**ście trudne! Oboje pochodzimy z tzw. “patchworkowych rodzin”, dzięki czemu doceniamy naszą rodzinę i codziennie pracujemy, by była jak najpiękniejszą wersją tego, o czym marzyliśmy jako dzieciaki z rozbitych rodzin. Nie jesteśmy już tymi dzieciakami, którymi byliśmy kilkanaście lat temu, ale wciąż patrzymy w tym samym kierunku.

*** matka ***

Mieliśmy piękne marzenie, w którym mamy dużą rodzinę, masę grzecznych dzieci, które wychowują się obok nas, a my spełniamy swoje marzenia o podróżach, karierze zawodowej i życiowych planach. Rzeczywistość bywa mniej kolorowa, ale i tak jest fajnie.

Szybko zdecydowaliśmy się na pierwsze i drugie dziecko. Chcieliśmy, aby różnica wieku między dzieciakami była jak najmniejsza, aby w przyszłości mogły na siebie liczyć. I tak rzeczywiście jest – moje starszaki trzymają sztamę w szkole i poza nią. Ale wracając do nas… Baaaardzo chciałam mieć córkę, więc po kilku latach zdecydowaliśmy się na kolejną próbę. I jeszcze jedną. W ten piękny sposób zostałam matką czterech synów.

Ostatecznie przestaliśmy próbować, a ja pożegnałam się z wizją wiązania kokard i szycia sukienek. Życie nie przestaje mnie zaskakiwać, ale już zrozumiałam, że nie można zafiksować się na jednej wersji przyszłości. Zamiast tego warto doceniać niespodzianki, które szykuje nam los.

*** karierowiczka ***

Po ciążach ze starszakami bardzo szybko wróciłam do pracy w dużej firmie. Wydawało mi się, że chcę robić karierę, więc chłopcy najpierw trafili do niani, a później do placówek. Najbardziej absurdalne w całej tej sytuacji było to, że niania zarabiała więcej ode mnie, więc w zasadzie chodziłam do pracy dla czystej przyjemności (?!) nie-wychowywania własnych dzieci. Żłobek był nieco tańszy (niewiele), ale pędziliśmy z wywieszonym jęzorem przez miasto, aby zdążyć ich odebrać przed zamknięciem placówki.

Życie przeciekało nam przez palce. A praca w korpo miała niewiele wspólnego z wymarzoną karierą (dżizys! Jak ja nienawidziłam tej roboty!). Naprawdę próbowałam to wszystko ogarnąć (zwłaszcza że jakimś cudem wszyscy dookoła radzili sobie w podobnej sytuacji). Ale, jak pewnie dobrze wiecie, oglądanie się na innych nie ma większego sensu. Doprowadzona do ostateczności, rzuciłam etat i zajęłam się własną działalnością. Ja-cię-nie-mogę! To była jedna z  najprzyjemniejszych decyzji w moim życiu. I absolutnie właściwa (szkoda tylko, że tak późno!). Mam teraz czas i siłę, by każdego dnia poznawać moich chłopców i obserwować, jak stają się fantastycznymi facetami. Mam też czas, by po prostu żyć, a nie tylko gonić w piętkę.

*** wegetarianka ***

W naszym życiu było kilka rzeczy i sytuacji, które spowodowały zwrot o 180 stopni. Jedną z nich była alergia mojego najstarszego syna. A raczej zestaw alergii. Najróżniejszych. Boziulku, ile my się nabiegaliśmy po lekarzach, dietetykach, ile testów alergologicznych przerobiliśmy… I wszystko na nic. Ostatecznie, metodą eliminacyjną doszliśmy do wniosku, że jest uczulony na sorbinian potasu – konserwant, który jest dodawany praktycznie do każdego rodzaju mięsa i wędlin. Nawet tych ekologicznych. Ponadto ma też mocną nietolerancję laktozy i kazeiny. Można by rzecz, że jest naturalnym trawożercą – nie może jeść mięsa i nabiału…

O Matko Polko! Ile ja czasu z tym walczyłam! Byłam tak zafiksowana na tym, co ludzie powiedzą, jeśli nie dam dziecku mięsa, że próbowaliśmy wszystkiego – od mięs od znajomego rolnika, przez ekologiczne wędliny, po mleko bez laktozy. I d**pa! Dopiero pełna eliminacja alergenów sprawiła, że mój syn zaczął normalnie funkcjonować. A my razem z nim.

Wiąże się z tym zabawna anegdota. Kiedyś urządziliśmy grilla dla naszych znajomych. Była góra mięsa i w zasadzie niewiele więcej (może jeszcze góra alkoholu!). Akurat wtedy próbowałam zrzucić kilka kilogramów na diecie niskowęglowodanowej, co niestety wyszło w rozmowie (bo nie piłam alkoholu). Kumpel zapytał: Po co Ty sobie to robisz? Odpowiedziałam: Że chcę lepiej wyglądać. Kumpel: I tylko po to? Ja: Tak. Przecież gdybym miała decydować na podstawie tego, co lubię jeść, to po dwóch tygodniach jedzenia wyłącznie mięsa pewnie byłabym już wegetarianką… Następnego dnia przeszłam na dietę roślinną i ani przez sekundę tego nie żałowałam.

Muszę jednak przyznać, że moja droga do diety roślinnej zaczęła się od d**py strony! Wszystko na opak. Przez pierwsze lata po prostu zamieniliśmy mięso na tofu i kotlety sojowe, nie zmieniając innych aspektów naszego odżywiania. Jednak im więcej dowiadywałam się na temat diety roślinnej poprzez książki, filmy i blogi, tym lepiej rozumiałam, że to dopiero pierwszy krok na dłuuuugiej drodze do kompletnej zmiany stylu życia.

*** eko-świruska i minimalistka ***

Kolejnym krokiem było stopniowe usuwanie śmieci z naszej diety i naszego otoczenia i zastępowanie ich produktami, które są bardziej etyczne, ekologiczne i użyteczne. Wszystko zaczęło się od (obowiązkowego) recyklingu śmieci. Nabyliśmy zestaw czterech eleganckich koszy na śmieci (ikea rulez!), wszystko pięknie i słodko, ale szybko okazało się, że generujemy hektolitry plastiku! Autentycznie, nawet w najśmiejszych snach nie sądziłam, że jest tego aż tak dużo.

Początkowo myślałam, że jest to kwestia kilku zmian w kupowanych produktach. Ot, pieczarki na wagę zamiast zapakowanych w plastikowe pudełeczko. Ale sprawa jest znacznie głębsza! Ograniczenie ilości generowanego plastiku jest baaaaardzo trudne i wymaga wielu poświęceń od konsumenta. Tak jakby producenci zmówili się, by utopić nas wszystkich w morzu plastikowych wieszaków, torebek, zakrętek i opakowań po jogurtach.

Po kilku tygodniach zmagań byłam wściekła. Nienawidzę, kiedy wciska mi się kit i ściemnia w żywe oczy, że inaczej się nie da. Bo ja WIEM, że się da! Trzeba tylko odrobinę dobrej woli z obu stron łańcucha zakupowego.

W tamtym okresie totalnie zapunktował mój mąż, który z natury jest minimalistą. Widział moją frustrację i akceptował moją niechęć do plastiku. Im więcej dyskutowaliśmy, tym bardziej dochodziliśmy do wniosku, że wielu rzeczy po prostu nie potrzebujemy. Droga przed nami wciąż długa, ale przynajmniej nie jest już tak zawalona plastikiem jak kiedyś.

*** introwertyczka ***

Nie jestem pewna, w którym momencie stałam się taką introwertyczką. Pamiętacie, że pisałam, że dość wcześnie zaczęłam udawać, żeby być lubianą? Chyba od tego się zaczęło. Ciągle czułam się oceniana. Wciąż zastanawiałam się, co inni sobie o mnie pomyślą. I im bardziej starałam się być “taka jak wszyscy”, tym bardziej byłam zmęczona na samą myśl o interakcjach z innymi ludźmi.

Zaczęłam doceniać samotność. Zrozumiałam, jaki to luksus, posiadać własną przestrzeń, którą możesz dostosować do swoich potrzeb. W której możesz zdjąć maskę.

Pewnie pomyślisz, że nie jestem introwertyczką, tylko chowam się przed ludźmi. Cóż, być może przez chwilę tak było. Jednak szybko zaczęłam się zastanawiać, jak to się stało, że opinia jakichś “innych” jest dla mnie tak istotna, że ukrywam swoje prawdziwe poglądy i zwyczaje. Doszłam do wniosku, że życie w niezgodzie ze sobą to strata czasu. A czas jest cenny.

W ten sposób doszłam do etapu, w którym jestem teraz.

*** cicha buntowniczka ***

Nie znoszę i nie zamierzam narzucać innym moich poglądów. Nie chcę nikogo przekonywać, dyskutować, propagować pozytywne standardy. NIE! To nie ten czas i nie to miejsce, nie ta kobieta.

Mam trzydzieści kilka lat. Jestem za stara, by przejmować się pierdołami. Za młoda, by nie próbować się zmieniać świata. Za głupia, by rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Za mądra, by dawać sobie wcisnąć kit, którym karmią nas media, wielkie koncerny, politycy i lobbiści. Zbyt rozsądna, by wierzyć w teorie spiskowe. Wystarczająco doświadczona, by wiedzieć, że światem rządzi kasa. Dość naiwna, by mieć nadzieję, że solidarność, komunikacja i współpraca mają większą siłę niż pieniądze.

Podsumowanie

Na blogu znajdziesz wpisy o naszym życiu, moich przemyśleniach, poglądach na świat i życie, pomysłach i projektach DIY. Prawdopodobnie można by je zaklasyfikować do tematyki związanej z ekologią, feminizmem, minimalizmem, nowoczesnym wzornictwem, dietą roślinną, zdrowym stylem życia, rodzicielstwem i jeszcze innymi, ale nie przywiązuję większej wagi do etykietek, więc raczej oczekuj lajfstajlowego misz-maszu. Tyle że ten “stajl” będzie dotyczył mojego “lajfa” – ekologicznego, feministycznego, minimalistycznego, nowoczesnego, roślinnego, zdrowego, rodzinnego, rękodzielniczego itp. itd…


Dziękuję, że znalazłaś chwilę, by doczytać ten wpis do końca. To było dla mnie dość intymne doświadczenie. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej.

Jeśli chcesz dostawać informacje o nowych postach, a także „njusy” ze świata Introwertyczki, dołącz do naszej listy mailingowej.

NIE mailuję zbyt często (1-2/miesiącu).
NIE wysyłam spamu.
NIE przekazuję Twojego adresu. 
NIGDY.
NIKOMU*

*no dobra, jeśli zjawi się policja z nakazem sądowym udostępnienia danych, to jesteśmy w czarnej… dziurze i udostępnimy. Ale inaczej – NO WAY!


 

Scroll to top