Pamiętnik postowiczki – tydzień 1. – Trudne początki

Tak jest. Przygotowania zakończone i wreszcie rozpoczęłam sam post. Czy było łatwo, prosto i przyjemnie? NIE! Ale było mi nieco łatwiej, prościej i przyjemniej dzięki serii czynności, które opisałam w poprzednim wpisie z serii „Pamiętnik Postowiczki”. Znajdziesz go TUTAJ.

Dzięki ograniczeniu kawy w poprzednim tygodniu (co okupiłam lekkim bólem głowy i poważnym niewyspaniem) udało mi się uniknąć dramatycznych migren w pierwszych dniach postu. To jeden z najgorszych skutków ubocznych postowania, przez który wiele osób odpuszcza już na samym początku.

Przygotowałam sobie moje sprawdzone potrawy z zapasem na kilka dni, by przypadkiem nie sięgnąć po coś zakazanego. Krem z pomidorów, puree z kalafiora i szpinak z warzywami – oto podstawa mojego odżywiania w tym tygodniu (zdecydowanie nie jestem mistrzynią kuchni, więc moje przepisy muszą być proste, szybkie i trudne do zepsucia). Dodatkowo codziennie piłam smoothie z jarmużu, ogórka, szpinaku lub pietruszki z kawałkiem jabłka i sokiem wyciśniętym z połówki cytryny. Z pewnością tego rodzaju napoje są mniej smaczne niż ich odpowiedniki z dodatkiem mleka roślinnego i masła orzechowego, ale na tego rodzaju specjały będę mogła sobie pozwolić dopiero w trakcie wychodzenia.

Niestety mój organizm jest raczej krnąbrny i samo przestrzeganie ograniczeń postu nie powoduje włączenia się OW. Wiem, bo sprawdzałam to codziennie rano za pomocą pasków KetoDiastix, które wykrywają obecność ketonów w moczu. Ja niestety musiałam wspomóc się znacząco sokami z kiszonek. Bardzo nie lubię smaku buraków, więc postawiłam na sok z kiszonych ogórków i kiszonej kapusty. Sok z kiszonych ogórków to po prostu zalewa, w której siedzą ogórki. Bazowałam na soku z lokalnego warzywniaka (chodziłam z własnym pojemnikiem i prosiłam o zalanie ogórków nieco większą ilością wody). Zdarzyło mi się też kupić ogórki w Lidlu. Wersja BIO zdecydowanie mi nie leży, ale zwykłe (niestety pakowane w plastik) są znośne.

W Lidlu kupiłam też kilka kartonów soków z warzyw. Dostępne są trzy rodzaje: sok wielowarzywny, sok ćwikłowy i sok z kiszonej kapusty. Wszystkie doskonale sprawdzają się w trakcie postu. Są zapakowane w półlitrowy karton z zakrętką, więc mogłam nosić jeden w torebce i popijać za każdym razem, kiedy nachodziła mnie ochota na coś niepostnego.
No dobra, prawda jest taka, że w przypadku soku z kiszonej kapusty nie odważyłam się nawet wynieść go z domu. Bałam się (i słusznie) działania przeczyszczającego, z którego znany jest sok z kapusty…

Do mojej porannej rutyny próbowałam wprowadzić wodę z octem, ale niestety wciąż o tym zapominałam. Zdecydowanie muszę nad tym popracować. Zauważyłam, że jeśli zaczynam dzień zgodnie z planem diety, to później przez cały dzień mniej się obżeram. A o to przecież również chodzi w poście – o słuchanie swojego ciała i niepoddawanie się głupim przyzwyczajeniom z ŻPP (czyli życia przed postem 😉 ).

A propos wsłuchiwania się w siebie, to w pierwszym tygodniu prawie w ogóle nie ćwiczyłam. Czułam się senna i osłabiona (pewnie wciąż przez brak kawy i brak OW). W tym stanie mogłam co najwyżej doczłapać do łóżka. I to właśnie robiłam. Dwukrotnie urwał mi się film i usnęłam na kanapie. Gdyby nie pomoc rodziny w zajmowaniu się moim najmłodszym synkiem, z pewnością nie przetrwałabym tego tygodnia.

W dodatku nawiedził mnie jeden z pierwszych efektów postu – gigantyczny katar zatokowy. Moje zatoki oczyszczały się z taką intensywnością (i bólem!), że nie nadążałam z chusteczkami. Ani sól fizjologiczna, ani Euphorbium (lek homeopatycny na niedrożność nosa) nie pomagały. Aż nagle, szóstego dnia, wszystko skończyło się równie gwałtownie, jak się zaczęło.
W sobotę obudziłam się z odetkanym nosem i bez bólu zatok. Czułam się na tyle dobrze, że udało mi się nawet przez chwilę poćwiczyć. Mam nadzieję, że codzienny ruch wzmocni działanie postu.

W ciągu tego tygodnia schudłam aż 2,6kg. To genialny wynik, jednak wskazania analizatora wagi szybko pozbawiły mnie złudzeń. Utracone kilogramy to tylko mniejsza ilość wody, a także (niestety) ubytek masy mięśniowej! Gdybym w tym momencie zakończyła post, zgubione kilogramy powróciłyby w ciągu kilku dni z nawiązką, a dzienne zapotrzebowanie energetyczne jeszcze by zmalało.
Zamierzam skrupulatnie śledzić ilość mięśni i tkanki tłuszczowej, by mieć pewność, że post przynosi więcej pożytku niż szkody.

Mój analizator mierzy też poziom wisceralnej tkanki tłuszczowej. Jest to po prostu ładne określenie na oponkę, którą pielęgnujemy na brzuchu. U mnie jest to obszar newralgiczny, więc ze smutkiem przyjęłam wskazanie analizatora, że w tym tygodniu nie straciłam ani grama z zapasów tłuszczowych na brzuchu.

Ogólnie rzecz biorąc, to był bardzo trudny tydzień. Wielokrotnie myślałam o tym, by się poddać. Mam jednak mocną motywację (zdrowotną), by ciągnąć to tak długo, jak się da. Pomogło mi też wsparcie, które w trudnych momentach znalazłam w grupie na FB i u innych postowiczek. Oby kolejny tydzień był łatwiejszy.


UWAGA! Nie jestem lekarzem ani dietetykiem. Nie mam wykształcenia kierunkowego, by udzielać profesjonalnych rad lub zalecać terapie (w tym post dr Dąbrowskiej lub inne posty lecznicze). Jestem zaledwie blogerką, która dzieli się swoimi przeżyciami i wnioskami wyciągniętymi na ich podstawie. 

Wszelkie wskazówki i przemyślenia zawarte w moich postach to moje subiektywne odczucia, opisy działań, które sprawdziły się w moim przypadku i ich interpretacja lub próba wyjaśnienia. Pamiętaj, że to, co działa u mnie może nie sprawdzić się w Twoim przypadku. Przekazuję je z dobrymi intencjami, ale wszelkie działania podejmujesz na własne ryzyko.


Seria na temat postu dr Dąbrowskiej składa się z następujących wpisów:

Zdjęcie w nagłówku: ja ma pobrane ze strony: Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top