Pamiętnik postowiczki – tydzień II.

Pierwszy, koszmarny, tydzień postu wreszcie dobiegł końca. Muszę przyznać, że w porównaniu z nim tydzień drugi to pestka. Nie czuję się już senna, a kawy brakuje mi jedynie ze względów towarzyskich. Któregoś dnia wybrałam się na randkę z moim mężem i wylądowaliśmy w pobliskiej restauracji. Podczas gdy mąż zajadał się ciastem i popijał kawą, ja raczyłam się herbatą miętową i zagryzałam plasterkiem cytryny…

Dało mi to do myślenia i od tej pory staram się szykować jedzenie na zapas i zawsze mieć jakąś przekąskę, którą mogę wrzucić do torebki. W maleńkich naczyniach z Ikei (moje są niestety plastikowe i raczej marnej jakości) lub w woreczkach plastikowych (tylko w ostateczności) zamierzam nosić ze sobą słupki marchewki, ogórka, a nawet selera naciowego.

Zaczynam się zastanawiać jeszcze nad noszeniem dipu kalafiorowego w mini słoiczku (po jedzeniu dla niemowląt). Wtedy w zasadzie byłabym samowystarczalna. Tylko że… Wyobrażacie sobie taką scenkę z restauracji? Podchodzi kelner, by przyjąć zamówienie, a ja tymczasem wyciągam z torebki swoje zapasy… Hahahah! Powinnam tego spróbować choć raz, by zobaczyć miny osób towarzyszących.

Na szczęście na co dzień znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że wyląduję na ławce w parku (obok placu zabaw) niż w ekskluzywnej knajpie, więc niewielki prowiant może mnie uratować przed złamaniem zasad postu.

Drugi tydzień ma też znacznie głębszy aspekt psychologiczny w stosunku do pierwszego. Czuję się szczuplejsza (na poście traci się sporo wody, stąd nagłe uczucie “odchudzenia”), wyglądam lepiej i mój mózg na najróżniejsze sposoby próbuje mnie przekonać, że starczy już tego odchudzania.

Wyglądasz już świetnie! Po co się dłużej głodzić?” – słyszę w swojej głowie za każdym razem, kiedy mam dobry dzień lub waga pokazuje niższy wynik niż poprzednio.
Jesteś beznadziejna! I tak Ci się nie uda! Ludzie tracą po dwadzieścia kilo, a Ty tylko 2?! Daj se spokój!” – ten sam głosik szepce gniewnie, kiedy mam trudny poranek lub zaliczam kolejną wpadkę jako żona i/lub matka.

Dało mi to do myślenia i dochodzę do wniosku, że nie warto robić postu dla samej utraty wagi. Cieszę się, że przed rozpoczęciem postu poświęciłam czas i spisałam powody, dla których poszczę. Wiem, że post może ułatwić mi życie i to podtrzymuje mnie na duchu w trudnych momentach.

Wśród ogromnych pozytywów drugiego tygodnia jest kurczenie się mojej „pociążowej oponki” na brzuchu. Waga pokazała 4kg tłuszczu wisceralnego zamiast 4,5kg z poprzedniego tygodnia. Niestety procentowy odsetek tłuszczu w organizmie pozostaje na bardzo podobnym poziomie, co może oznaczać, że tracę równie dużo wody i mięśni, co tłuszczu.

Słyszałam gdzieś, że post dr Dąbrowskiej jest bardzo niebezpieczny, jeśli się nie ruszasz, ponieważ organizm zaczyna spalać mięśnie (no halo! Skoro są “niepotrzebne”?!) zamiast tłuszczu. Jednak oprócz pojedynczych sesji ćwiczeniowych (czyli w praktyce dłuższej rozgrzewki lub żwawego spaceru po parku) nie udało mi się w ogóle poćwiczyć. Niestety wychodzi ze mnie “kartofel kanapowy” w pełnej krasie i zawsze mam milion rzeczy do zrobienia zamiast codziennej dawki ruchu. Na razie nie próbuję się do niczego zmuszać, ale zdecydowanie jest to coś, nad czym muszę popracować.


Ulubione dania:

Czaso-Umilacze:



UWAGA!
Część odnośników do moim blogu to linki afiliacyjne. Oznacza to, że jeśli po kliknięciu w link dokonasz zakupu, ja otrzymam drobną kwotę w zamian za polecenie.

Czy poleciłabym dany produkt nawet bez afiliacji?
Jasne, wiele produktów nie ma linków afiliacyjnych, ponieważ w pierwszej kolejności wybieram produkt, a dopiero później sprawdzam, czy jest dostępny w moim programie afiliacyjnym.

Jednocześnie pamiętaj! To nie są moje produkty. Wielu z nich jeszcze nie przetestowałam, inne są na moim „30-dniowym okresie ochronnym” i dopiero zastanawiam się nad zakupem. Niektórych nigdy nie kupię, ponieważ nie mam na nie miejsca, a jedynie wzdycham do nich cicho przed ekranem komputera.

I ostatnia sprawa – niech moje odnośniki, polecenia i „wiszlisty” nie będą kolejnym elementem marketingowej gierki nakręcającej konsumpcjonizm. Przed każdym zakupem zastanów się, czy rzeczywiście dany produkt jest Ci potrzebny i czy możesz kupić opcję lokalną/używaną/tańszą itd.

Możesz też zawsze zrobić sobie dobrą kawę, usiąść z komórką na kanapie i po prostu pooglądać linki do rzeczy, które mnie inspirują, by lepiej mnie poznać. A jeśli masz opinię na temat któregokolwiek z tych produktów, koniecznie daj mi znać w komentarzu i/lub wiadomości prywatnej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top