Ukryta prawda o rozkoszach podniebienia | The hidden truth of sweets

Taka sytuacja.
Idziesz z rodziną na niedzielny spacer. Wszystko jest zamknięte, upał jak diabli, więc lądujecie w rynku, mając nadzieję schronić się w którymś z klimatyzowanych lokali z łakociami. Jesteś świadomym konsumentem, a w dodatku matką wiecznie głodnych dzieci, i nie chcesz faszerować ich sztucznym g***em, którego pełno jest w reklamowanych produktach. Ostatecznie idziecie do uroczej knajpki, która reklamuje się jako wege/eko/naturalna i w ogóle cud malina.

Zamawiacie pięknie wyglądające desery, puchatą kawę, siadacie przy stoliku, gotowi spałaszować to wszystko w 30 sekund i… po pierwszym kęsie szlag Cię trafia. Ciasto smakuje jak trociny, słodki deser wcale nie jest słodki, a w kawie pływają jakieś farfocle z kiepsko spienionego mleka roślinnego. Twoja dusza kwili, rozczarowana zderzeniem z rzeczywistością, ale starasz się robić dobrą minę do złej gry.

Niestety Twoje dzieci nie krygują się tak jak Ty i głośno wyrażają swoją dezaprobatę, parskając i plując jak młode lamy. Ostatecznie kategorycznie odmawiają zjedzenia tekturowych deserów (nie działa nawet tekst typu “już nigdy więcej nie zabiorę Was do restauracji!).

Ciasto smakuje jak trociny, a w kawie pływają farfocle…

introwertyczka

Wciskasz im komórkę z włączonym jutubem, byle tylko dotrwali bez wrzasku do końca wyprawy, a sama pochłaniasz swoje i ich porcje deseru, żeby się nie zmarnowało (a tak naprawdę, żeby kelnerka nie zauważyła, że Twoje rozwydrzone dzieciory nie chcą zjeść cholernego ciasta po kilkanaście złotych za porcję!). W drodze do domu obiecujesz sobie, że następnym razem kupisz im danio za 1,50/kubeczek i potwory będą zadowolone, a Ty będziesz bogatsza o kilkadziesiąt złotych i nieco mniej zszargane nerwy.

W ten sposób Twoja droga do zdrowszego życia całej rodziny właśnie zalicza poważny krok w tył. Kto nie ma na swoim koncie podobnej (choć może mniej dramatycznej) historii związanej z żywieniem dzieciorów, niech pierwszy rzuci kamieniem (albo nie! Niech siedzi cicho i się nie przyznaje! Chcę wierzyć, że nie ma takich rodziców. I takich dzieci!).

Droga do zdrowego żywienia całej rodziny bywa wyboista…

Problem polega na tym, że zmysł smaku i zapachu nie pozostaje jeden na całe życie. Zmienia się, rozwija, ewoluuje (w dobrą lub złą stronę!), a często po prostu sprowadza nas na manowce. Kiedyś słyszałam o tym, że koncerny spożywcze prześcigają się w zwiększaniu dawki cukru (a raczej składników cukropodobnych!) w produktach, przez co nasz uzależniony od słodkości zmysł smaku domaga się coraz większych dawek swojego narkotyku. Słyszałam teksty eko-świrusów, że nie smakują im “przesłodzone, mejnstrimowe słodycze” i myślałam sobie: Co za piep**enie! Pewnie nigdy nie lubili słodyczy, a teraz wycierają sobie gęby nami, biednymi czekoladoholikami, którzy zostaliśmy pokarani przez los doskonałym gustem i znajomością najlepszych słodkości.

…zostaliśmy pokarani przez los doskonałym gustem i znajomością najlepszych słodkości.

introwertyczka

Tak właśnie było. I żadne argumenty do mnie nie trafiały. Po prostu. Aż kiedyś, po dłuższym czasu spożywania diety roślinnej i ograniczania ilości słodyczy (te chol**rne wałeczki w pasie, których nie mogę się pozbyć po ciąży!), nie wytrzymałam i kupiłam sobie batonika z gębą lwa, znanego nam wszystkim koncernu na literę N. To był od zawsze mój ulubiony baton – idealne połączenie chrupkiego wafelka, dmuchanych kuleczek oraz toffi i czekolady… To był długo wyczekiwany moment (tak naprawdę jakieś 2 minuty od wyjścia ze sklepu, bo tyle wystarczyło, żebym ukryła się przed wścibskimi oczyskami moich wiecznie głodnych dzieci!).

Mój ulubiony baton – idealne połączenie chrupkiego wafelka, dmuchanych kuleczek oraz toffi i czekolady…

Ten baton był OBRZYDLIWY! Autentycznie. Tekturowe g**wno, pokryte brązowym pseudo-cukrem z mikrododatkiem czegoś, co może kiedyś stało obok kakao, ale na pewno nie miało nic wspólnego z czekoladą. Co za rozczarowanie! Totalny niewypał! Kosmiczna niesprawiedliwość!

Zaczęłam nawet wietrzyć spisek! Prawdopodobnie w czasie od mojej ostatniej degustacji tego cudo-batona, chol**rny koncern spożywczy, dla którego liczą się tylko zyski, a nie podniebienie lojalnych klientów… no więc ten koncern spożywczy na pewno musiał podmienić składniki na gorsze. Żeby przyoszczędzić (co tak a propos regularnie się dzieje i zaj**ście mnie wk**rwia!)!

Tekturowe g**no (…), na pewno nie miało nic wspólnego z czekoladą. Kosmiczna niesprawiedliwość!

introwertyczka

Ale nie! A przynajmniej na nic takiego nie udało mi się znaleźć dowodu. Po prostu mój ukochany baton okazał się g**wnem zalanym syropem glukozowo-fruktozowym i substancją czekoladopodobną.

I chociaż super-zdrowe, eko-sreko-wege-srege desery wciąż nie zawsze trafiają w mój gust, to moja podróż w cieniu mejnstrimowych produktów spożywczych zakończyła się definitywnie.*

*No dobra, nie definitywnie, bo raz na jakiś czas, testowo kupuję któryś ze szlagierów z poprzedniego życia. I za każdym razem jest do d**py! I zawsze żałuję. 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Scroll to top